Niech żyją miejscy ogrodnicy!

Mieszkam w mieście, nie mam własnego kawałka ziemi, działki, poletka za miastem, ale to nie przeszkadza mi w byciu ogrodnikiem. Mam bowiem taras, na którym uprawiam zioła, sadzę marchewkę i rzodkiewki. Mam zestaw długich doniczek imitujących grządki, grabki i łopatkę przypominające zabawki z piaskownicy, rękawiczki ogrodowe i blaszaną konewkę. Jestem miejskim ogrodnikiem.

Nadeszła wiosna, a wraz z nią sezon ogrodniczy. Mieszkam w mieście, nie mam własnego kawałka ziemi, działki, poletka za miastem, ale to nie przeszkadza mi w byciu ogrodnikiem. Mam bowiem taras, na którym uprawiam zioła, sadzę marchewkę i rzodkiewki. Mam zestaw długich doniczek imitujących grządki, grabki i łopatkę przypominające zabawki z piaskownicy, rękawiczki ogrodowe i blaszaną konewkę. Jestem miejskim ogrodnikiem.

Wykorzystuję daną mi przestrzeń, skrawek świeżego powietrza, którym mogę dysponować zgodnie z własnymi gustami. Zamiast marzyć o domu z wielkim ogrodem, pochylam się nad doniczką z koperkiem i wyrywam z niej chwasty.

Myślę, że miejskie ogrodnictwo (mianem którego określam tu uprawianie roślin w skali mikro: na balkonach, parapetach, tarasach, itp.) jest równie satysfakcjonujące, co to klasyczne. Dlatego też wiosną obmyślam moją „strategię zieleni” na kolejny rok, konsultuję się z mamą – posiadaczką wielkiego ogrodu, po czym odwiedzam sklep ogrodniczy. Efekty mojej pracy są chaotyczne, nie znajdziecie u mnie wymuskanych kompozycji i dobranych kolorystycznie doniczek, a zielony, pachnący mieszanką ziół chaos. Ja go bardzo lubię.

Dwa lata temu wyrosła mi na tarasie marchewka i sałata, rok temu jadłam „tarasowe” truskawki. W tym roku mam ochotę pobawić się w uprawę pomidorków koktajlowych i cukinii. Wiem, że to może się udać, bo mam znajomych, którzy wyhodowali na balkonie piękne krzaczki pomidorowe.

Oczywiście marzy mi się wielki warzywniak z grządkami rzodkiewek, porów i wijącymi się do nieba strączkami groszku, ale muszę zadowolić się tym, co mam, czyli wietrznym nasłonecznionym tarasem. W miejskim ogrodnictwie nie chodzi przecież o wielkie plony, nie oszukuję się, że wykarmię rodzinę dwiema hodowanymi przez kilka miesięcy cukiniami albo garścią truskawek. Tu liczy się możliwość obcowania ze skrawkiem własnej zieleni i satysfakcja - z wyhodowania pęczka własnych rzodkiewek i delikatnej główki sałaty.

Ponadto o wiele przyjemniej siedzieć na balkonie pośród zieleni, wdychać bukiet ziołowych zapachów i mieć możliwość skubnąć truskawkę prosto z krzaczka.

To taka sielanka w pigułce.
Trwa ładowanie komentarzy...