Jak Amaro poszedł w las, czyli "Wtajemniczeni" i inne smaczki Kuchnia+ Food Film Fest 4

Czwarta edycja Kuchnia+ Food Film Fest już za nami. Poniżej moje najlepsze kąski festiwalowe i łyżeczka dziegciu, żeby nie było za słodko.


I.
W krainie slow zboże miele się trzy razy w młynie zbudowanym przez przodków. Kindziuk wyrabia się ręcznie, serów dogląda się jak zwierząt, a na upieczone bochenki chleba spogląda się niemal tak czule, jak na bliską sercu osobę. W krainie slow nawet kamera płynie wolniej, falując razem z trawami na łące albo kołysząc się wraz z krokami Wojciecha Amaro wchodzącego w las.



„Wtajemniczeni” Macieja Kowalczuka, bo o tym filmie mowa, to dla mnie przypowieść o przyrodzie i człowieku. Mówi o świecie, jakiego wszyscy byśmy sobie życzyli, gdzie człowiek żyje w zgodzie z naturą, nigdzie się nie śpieszy i wkłada serce w to, co robi. Ale to nie jest zbiór sielskich kadrów – obok pięknych ujęć mamy też jasne przesłanie, że ów świat ocaleje tylko jeśli o niego zadbamy. A żeby to zrobić, należy odrzucić masówkę, przystanąć, skupić się na jakości i smaku, zatroszczyć się o przyrodę. To, co wyróżnia ten dokument od innych i nadaje mu szczególną wartość to fakt, że tę opowieść snują Rene Redzepi, Albert Adria, Wojciech Amaro i inni znani szefowie kuchni, którzy w ramach projektu „Cook it Raw” przyjechali smakować Suwalszczyznę.

Jeśli spodziewacie się, że dokument wprowadzi was w szczegóły „CiR”, zawiedziecie się, bo to nie jest film o potrawach, które tam przygotowano, miejscach które w ramach projektu odwiedzono czy o jego uczestnikach. To zbiór opowieści o pragnieniu powrotu do natury i prostych regionalnych smaków.

Dokument można oglądać na dwa sposoby. Ze smutkiem - czując nieuchronny koniec świata, o którym opowiada. Ale można też oglądać ów materiał z nadzieją, traktując go jako zwiastun zmian na lepsze. Jeśli bowiem spostrzegliśmy, że światu, o którym mówi film grozi zagłada, możemy podjąć kroki, aby temu zapobiec.


II.

Ostre światło reflektorów, głośna konferansjerka, nerwy i pośpiech mocno kontrastują ze spokojem, jaki tchnął z „Wtajemniczonych”. Bo „Najlepszy kucharz świata” (reż. Rasmus Dinesen) pokazuje zupełnie odmienne oblicze kuchni. Tu gotowanie podnosi poziom adrenaliny, a nie wycisza, w kuchni zamiast radosnej improwizacji króluje pedantyzm, a każde uchybienie od normy (bądź ideału) stanowi tragedię.

Dokument o Rasmusie Kofoed, który po raz trzeci w konkursie Bocuse d'Or walczy o tytuł Najlepszego Kucharza Świata, trzyma w napięciu. Dzieje się tak dlatego, że kamera uważnie obserwuje głównego bohatera, towarzysząc mu w chwilach przygotowań do konkursu, odpoczynku i w finałowym starciu. Pewnie za sprawą tych zabiegów szybo wchodzę w jego uczucia i kiedy widzę, jak układa pęsetą na talerzu składniki, nie naśmiewam się z jego pedantyzmu, a podziwiam jego determinację i zaangażowanie.

Mimo tak odmiennych spojrzeń na gotowanie, jakie pokazują „Wtajemniczeni” i „Najlepszy kucharz świata”, filmy coś łączy. Ich wspólnym mianownikiem jest pasja i miłość do kulinariów, jaką widzimy u ich bohaterów.
Trwa ładowanie komentarzy...