Sezon na dynię

Trzy lata temu posadziłam w ogrodzie rodziców dynię. Opakowanie nasion liczyło sobie zaledwie kilka sztuk, więc nie liczyłam na wielkie plony. Ku mojemu zaskoczeniu, warzywo zawładnęło całym ogródkiem. Jakby było jej mało powierzchni, zielone pędy niczym macki ośmiornicy oplotły również pobliskie drzewka owocowe. Gdy przyszło do zbiorów, niektóre z okazów musiałyśmy z mamą wozić na taczce, takie były ciężkie i okazałe. Obdarowałyśmy nimi znajomych i rodzinę, część warzyw przerabiałyśmy na bieżąco, zaś kilka sztuk schowałyśmy do piwnicy, gdzie przetrwały do lutego.


Trzy lata temu posadziłam w ogrodzie rodziców dynię. Opakowanie nasion liczyło sobie zaledwie kilka sztuk, więc nie liczyłam na wielkie plony. Ku mojemu zaskoczeniu, warzywo zawładnęło całym ogródkiem. Jakby było jej mało powierzchni, zielone pędy niczym macki ośmiornicy oplotły również pobliskie drzewka owocowe. Gdy przyszło do zbiorów, niektóre z okazów musiałyśmy z mamą wozić na taczce, takie były ciężkie i okazałe. Obdarowałyśmy nimi znajomych i rodzinę, część warzyw przerabiałyśmy na bieżąco, zaś kilka sztuk schowałyśmy do piwnicy, gdzie przetrwały do lutego.



Jako że nigdy nie lubiłam przetworów z dyni, wszystkich tych słodko-kwaśnych octowych zalew, czatnejów, dżemów i musów, musiałam wymyślić na nią inny sposób. Największe ilości tego warzywa przerabiałam na wielkie garnki pomarańczowej zupy, której baza niewiele się zmieniała - najpierw szkliłam cebulę (a czasem czosnek), wrzucałam do niej pokrojoną w kostkę dynię, smażyłam chwilę, zalewałam bulionem lub wodą, soliłam i gotowałam do miękkości, po czym miksowałam całość. To była baza, zaś dodatki się zmieniały: czasem do cebulki dorzucałam płatki chilli i kumin, czasem garam-masalę albo szałwię. Polewałam zupę olejem z pestek dyni, oliwą, posypywałam startym parmezanem albo podsmażoną na oleju szałwią, która robiła się wtedy idealnie chrupka. Czasem dorzucałam do zupy czosnkowe grzanki, innym razem podsmażony boczek.

Kiedy zaś przejadała mi się zupa, kroiłam dynię w kostkę, mieszałam z odrobiną oliwy, dodawałam do niej ulubionych ziół i piekłam, aż zmiękła i nabrała rumieńców (w 180-190 st. C.). Tak przyrządzone warzywo posypywałam solą morską i jadłam na grzankach, z makaronem, z puree ziemniaczanym. Czasem tez robiłam z niej sałatkę, dodając do pomarańczowych kostek pokruszony ser lazur (albo fetę) i orzechy włoskie.

Wypiekałam z dyni również słodkości - wilgotne ciasto dyniowe z orzechami i polewą z białej czekolady jest naprawdę przepyszne, podobnie jak to korzenne z przepisu poniżej.

Teraz zastanawiam się, czy udałoby się wyhodować dynię w donicy na tarasie? ;)

KORZENNE CIASTO DYNIOWE Z ŻURAWINĄ

200 g mąki
1/3 łyżeczki soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżeczki imbiru w proszku
2 łyżeczki cynamonu
1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
240 ml puree dyniowego
112 g stopionego, przestudzonego masła
od 3/4 do 1 szklanki cukru (białego bądź brązowego), w zależności od gustu
2 jajka
1/2 szklanki suszonej żurawiny (można zastąpić ją rodzynkami)

Puree dyniowe przyrządzam gotując do miękkości pokrojoną w kostkę dynię w niewielkiej ilości wody. Po ugotowaniu odsączam dynię z wody i miksuję ją na papkę – puree gotowe (dynię na puree można również upiec).

W misce mieszam mąkę, sól, proszek do pieczenia, przyprawy korzenne i żurawinę. Do drugiej miski wbijam jajka, ubijając na lekką pianę. Dodaję puree dyniowe, lekko schłodzone stopione masło i cukier, po czym delikatnie mieszam całość drewnianą łyżką. Suche składniki mieszam z mokrymi, delikatnie (nie używam miksera!), tylko do połączenia składników.

Ciasto wlewam do wyłożonej papierem do pieczenia keksówki. Piekę je w temp. 180 st. C. przez 50-60 minut (patyczek włożony do środka powinien wyjść suchy).

/przepis pochodzi ze strony Simply Recipes/
Trwa ładowanie komentarzy...