O autorze
Lubię prostotę. Cieszę się okruchami dnia codziennego: zapachem nowej książki, piskiem jaskółek w lipcowe popołudnie, dotykiem ciepłego piasku. Bywam nostalgiczna, ale staram się nie być kiczowata. Zapach drożdżowego ciasta, smak pierwszej truskawki potrafią przywołać we mnie falę wspomnień. Lubię gotować, ale nie mam aspiracji do tworzenia skomplikowanych potraw, stosowania wymyślnych składników, moja kuchnia jest prosta i nieprzekombinowana. Lubię też robić zdjęcia, ale chyba największą przyjemność sprawia mi pisanie. Owocem tych trzech zainteresowań jest blog Strawberries from Poland (www.strawberriesfrompoland.blogspot.com), prowadzę go od 2007 roku i dzielę się na nim ulubionymi przepisami, zdjęciami i przemyśleniami. Zawodowo też mam do czynienia z przepisami… jestem prawnikiem.

Ciężkostrawny "MasterChef"

Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, że straciłam ponad 130 minut na wpatrywanie się w niejadalny program traktujący o jedzeniu, pełen tekturowych komentarzy wypowiadanych przez sztywnych prowadzących.

Są w moim życiu takie dni, których się wstydzę - to te, w których jedyne, na co mam ochotę, to wyłożyć się na kanapie z pilotem w dłoni i gapić się bezmyślnie w ekran, choćby w telewizji leciały akurat rozmowy rolnicze albo milionowy odcinek "Klanu". Dotychczas brak telewizora skutecznie odwodził mnie od realizacji tych ambitnych planów. Niestety, pojawił się jego substytut, VOD, więc zdarza mi się stracić czas na oglądanie rzeczy, których w normalnym stanie umysłu bym nie obejrzała.



Wybaczyłam sobie już kilkadziesiąt odcinków "Ojca Mateusza" obejrzanych podczas choroby. Pogodziłam się z myślą, że wciągnęłam się w "Usta-usta". "Rodzinkę.pl" też sobie wybaczyłam, bo poprawia mi nastrój. Ale zaliczenia trzech odcinków "MasterChefa" nie mogę sobie za nic darować, mimo iż usilnie szukam rozgrzeszenia. Jedyny argument, który przychodzi mi na myśl to taki, że obejrzałam program ze względu na dwójkę znajomych, którzy przeszli przez sito kwalifikacji. Ale przecież z tego powodu nie musiałam oglądać "MCh" w całości, mogłam przewinąć pasek na momenty, w których występują osoby, za które trzymam kciuki.

A zatem nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, że straciłam ponad 130 minut na wpatrywanie się w niejadalny program traktujący o jedzeniu, pełen tekturowych komentarzy wypowiadanych przez sztywnych prowadzących.

Pozostanę przez chwilę przy tych ostatnich, bo to ciekawy aspekt "MasterChefa". Nie wiem, czemu twórcy programu chcieli pozbawić Magdę Gessler wigoru, energii i ciętego języka, ale osiągnęli swój cel. M. Gessler, którą zawsze lubiłam za to, że waliła prawdę prosto z mostu, bywała ostra, ale kiedy istniała taka potrzeba, również ciepła i delikatna, wyblakła, straciła ostrość i charakter. Anna Starmach, która, o ile dobrze pamiętam, znalazła się w jury ze względu na wygraną w innym kulinarnym programie TVN, ładnie wygląda i miło się uśmiecha, ale z pewnością nie sprawia wrażenia osoby, która zna się na gotowaniu. Próby budowania przez prowadzącą zaskakujących komentarzy kończą się fiaskiem. Z kolei Michel Moran, który posiada wiedzę kulinarną, błyszczy stwierdzeniem"oddaj fartucha" (które, nota bene, wydaje mi się równie "naturalne", co francuski akcent Pascala Brodnickiego).

Równie ciężkostrawna jest oprawa programu. Plastikowa sceneria w kolorze brudnej czerwieni jest po prostu brzydka, a nienaturalne światło atakuje sylwetki bohaterów, drażni widza i potęguje wrażenie sztuczności.

Rozumiem ideę zadań, jakie stawiane są przed uczestnikami programu: umiejętność siekania cebuli czy wymyślenia i przyrządzenia dania z jajkiem w roli głównej sprawdza zdolności, wiedzę i kreatywność kandydatów na chefa wszystkich chefów. Ale już okraszanie scenek krzątaniny kuchennej muzyką rodem z filmu grozy, sprawia komiczne wrażenie. Zaś momenty, w których bohaterowie zanoszą się płaczem opowiadając, jak jajko zrujnowało im życie, są już nawet nie tyle śmieszne, co przerażające. Jeśli bowiem telewizja w najlepszym emisyjnym czasie puszcza monologi przypominające te z "Dnia świra", nie mam wątpliwości - nasza cywilizacja zmierza ku zagładzie.

Wydawało mi się, że program tego typu, obok dostarczenia widzom porcji rozrywki, mógłby nieco poszerzyć ich kulinarne horyzonty. Mógłby być dla nich inspiracją i impulsem do ożywienia swej kuchni. Że po jego obejrzeniu przeciętny zjadacz chleba zrezygnowałby z jajecznicy, którą je w niezmienionej formie od kilkudziesięciu lat i pewnego sobotniego poranka zaserwowałby bliskim jajko w koszulce. Tymczasem widz dostał kolejną porcję telewizyjnego fast foodu - bez smaku i treści. Do zapchania.

A może niejadalna forma "MasterChefa" nie jest winą jego twórców? Może program, w którym widz ma "obejrzeć" smak potrawy ze swej istoty skazany jest na niepowodzenie?

Tego nie wiem, jestem jednak pewna jednego - to był mój ostatni raz. I nawet choroba, poziomkowe ravioli przyrządzone przez Michała, jajko poche na leśnej pieczarce Magdy, nie sprawią, że obejrzę kolejny odcinek "MasterChefa". Nie strawiłam jeszcze poprzednich.
Trwa ładowanie komentarzy...